Wczoraj Krysia z Krzyśkiem przywieźli mi obiad. Koło piątej przyszedł Tadeusz; posiedział do późna, razem spożyliśmy ten obiad i kolację - a właściwie obiadokolację z pewną przerwą ;)) Wyjątkowo bez wina, ech...! Ale za to z naleśnikami Krysi (farsz szpinakowo-serowy!) i z moją tartą z grillowaną papryką i bobem: naruszyłam zasoby prowiantu zamrożonego. Pogawędziliśmy, poplotkowaliśmy (historycy tak mają), pokopiowaliśmy na DVD kolejne odcinki pewnego katalońskiego programu satyrycznego, który dla niego nagrywam. Nawet wyprowadził Felka - a Felek, o dziwo, dał mu się wyprowadzić, choć kiedyś kręcił nosem na to, kto z nim spaceruje. Ale teraz spacery są krótkie i treściwe. Tadeusz:
- Jak on biega!! Powiedziałem mu, żeby zatrzymał się i zrobił, co ma zrobić! A potem sam zaprowadzil mnie do domu...
Hahahaha!!
Po jego wyjściu poszłam się umyć i wnet poczułam, jak mocno mulą mnie leki. Spowolniło mnie, wygasiło, oczy zrobiły mi się jak szparki, myślę - co jest, ja wcale nieee chcęęęę iiiiść jeszcze spaaaać... Nagle chrobot klucza w zamku: przyszedł Jacek! Przyniósł mi wędzonego sera, uwalił się obok na kocu i posłuchaliśmy trochę muzyki z YT (a znasz to... a ostatnio słyszałem to.... a skojarzyło mi się to... :)
Dziś rano wydłubał mnie z łóżka Jurek, który pękł ze śmiechu, gdy zobaczył, jak zakopałam się pod kołdrą. Rankami jest najgorzej. Plecy bolą, bo jednak nie daję jeszcze rady spać na wymarzonym, "dowolnie wybranym" boku. W płucach rzęzi. Chemia krążąca w krwiobiegu nadal przymula, ale przeciwbólowe już odpuszczają i noga daje znać o sobie - a tu trza wstać...
- Dobra, czekaj, najpierw zrobię ci herbatę, ty się powoli szykuj, a ja skoczę do Lidla i zrobię sobie zakupy, a przy okazji kupię ci mleko...
Kawy zrobiliśmy sobie dobrej, mielonej, z moki; jak to Jurek stwierdził, "najlepsza kawa na wschód od Łaby". Potem usmażył nam resztę naleśników, tym razem z musem jabcowym. Obiad znów przyniesie Krysia, a wieczorem wpadnie Ula...
Nie choroba jest najtrudniejsza. Wcale nie. Najtrudniej jest znieść psychicznie to, że o każdą rzecz trzeba poprosić. Nie lubię czuć się jak dyrygent: zrób to, a teraz zrób to, a teraz pójdź tam i przynieś tamto, tego poszukaj tam, a owego ówdzie, i jeszcze podaj mi to, podłącz mi siamto, a w ogóle to zapomniałam, że tego i owego, a to to może później, ale tamto wcześniej... Nie lubię tak i nie potrafię; czuję się, jakbym się wysługiwała. Mój móżdżek nie może sobie przetłumaczyć, że teraz tak musi być. Że jak ktoś koło mnie skacze, to nie dlatego, że strzelam za nim z bata, a sama się lenię, tylko dlatego, że inaczej po prostu się nie da. Że jak ktoś mi nie da jeść, to sobie nie wezmę, a jak ktoś inny (lub zgoła ten sam) nie napełni mi termosu lodem, to nie schłodzę kolana. A jak ktoś, za przeproszeniem, nie przyniesie mi z szuflady gaci, to ich nie założę.
Ano, właśnie. Skrępowanie nieporadnością to jedno, ale wstyd to drugie. W takich "medycznych" kontekstach wstyd idzie na urlop. I nie jest mi głupio pokazać się przyjaciołom w wygniecionej koszuli nocnej, odsłonić w całości podpuchniętą nogę, jeszcze żółtą od jodyny, gdy ortezę muszę zastąpić okładem, i nie czuje się skrępowana, gdy rano zobaczy mnie ktoś półprzytomną od ciężkiego snu, a po południu kuśtykającą w ślimaczym tempie do toalety, której nawet nie mogę za sobą zamknąć, bo jest za mała.
- Jurek, założysz mi skarpetkę? Bo do tej stopy nie sięgnę...
:)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz