wtorek, 29 listopada 2011

Szwy i szewska pasja

Dziś noc była krótka. Pobudka o siódmej, trza się zwlec, umyć, przychodzi Jurek, naprędce przyrządza mi odroczone śniadanie (zjem, jak wrócę), muszę wskoczyć w ubranie - na skutek porannego stresu nie wiem nawet, jak właściwie wciągnęłam spodnie - no i hajda trojka. Schodzenie ze schodów już bez problemu, mój patent działa, ale wmontowywanie się w samochód - makabra...

Warszawskie korki potraktowały nas łaskawie, dokuczyły tylko na ostatnim odcinku; w Carolinie byliśmy pół godziny przed czasem, ale lekarz też przyszedł wcześniej. Tzw. młody Adamczyk. Znany mi już zresztą z pobytu w szpitalu, z nocnego dyżuru. Wówczas wydał mi się lekko zasadniczy, ale teraz wrażenie znika. Przyjrzał się, jak chodzę o kulach, pochwalił, że całkiem nieźle. Dla mnie, kuśtykającej po domu, przejście od furtki do samochodu, od samochodu do szpitala (po pochylni na górę, do wejścia) i przez obszerny westybul w budynku to wyprawa nie lada. Dr Adamczyk pytał też, jak sobie radzi w stabilizatorze mój staw skokowy.

Zdjęcie szwów poszło szybko. Rany wyglądają ładnie (to nie moja opinia, bynajmniej!), mam od jutra nie nosić już opatrunku i natłuszczać je Alantanem. Rehabilitantka będzie miała robotę z bliznami, żeby dobrze się zagoiły i np. nie zrosły z wszczepioną powięzią, tj. troczkiem, tj. WRZUP ;) Lekarz uprzedził mnie też, że na ocenę wyników operacji przyjdzie poczekać parę tygodni - to jasne - ale sprawdził, że w obecnym ograniczonym zakresie kolano zgina się "miękko", prawidłowo. Pytał, jak rehabilitacja - a gdy pożaliłam się na zakwasy, to uznał, że tak ma być. No cieszę się jak jasna cholera... pani Agnieszka tłumaczyła mi wczoraj, że robią się przy każdym kroku, bo noga chce działać prawidłowo, a nie może - i gdy mięsień się napnie, to już mu tak zostaje. Fatalna sprawa.

Co do ZUSu, nie zamierzałam poddać się bez walki - choć okazało się, że wezwali mnie przed swe surowe a durne oblicze, gdyż na zwolnieniu miałam zaznaczone, że jestem "chodząca". Niby prawda, ale to szerokie i wieloznaczne pojęcie!... Natychmiast nadmuchałam drowi Adamczykowi w ucho, czego to ode mnie wymagają - i że osteotomia merda im się z artroskopią - i spytałam, czy nie mogłabym jednak dostać jakiegoś zaświadczenia, że z tym chodzeniem to trochę pic na wodę. Oczywiście! Lekarz spytał, co konkretnie chcę, żeby mi tam napisali, wysmażył pisemko sugerujące, że to góra ma pofatygować się do Mahometa i zaniósł "Mistrzakowi" do podpisu. Kamień z serca. Sprawę ZUSu zresztą ofiarnie pilotuje Ula. Zanim wczoraj zdążyłam oprzytomnieć po kolejnej kiepskiej nocy, już dowiedziała się, z kim powinnam tam rozmawiać; dziś wyśle moje zaświadczenie faksem. Mam ochotę uściskać ją od stóp do głów.

...Teraz prędzioszkiem z powrotem; Jurek musi zdążyć na zajęcia... Pogoda jak drut, korek znowu tylko na krotkim odcinku (Jerzy pomstuje...). Pod domem gramolę się z samochodu, czekaj, czekaj, czekaj, straciłam koncept, jak to zrobić?... Nagle widzę, że Jurek przymyka drzwi auta.
- Czekaj...!!
- Ale muszę tę panią przepuścić... - Podaje mi rękę, a nawet, na żądanie, obie. - Co, nie chcesz mieć przygniecionej nogi? Dlaczego? ;))
Wybucham śmiechem. - Wiesz, jak by ci to powiedzieć... Bo już za dużo przeszła!

Zmęczyłam się trochę. Mimo stabilizatora, dokucza mi kostka. Kręcę się jeszcze chwilę po domu, daję psu jeść - uczę się, że na króciutki dystans mogę używać tylko jednej kuli - i wychodzę z nim na moment na taras, żeby zachęcić go do przespacerowania się po ogródku. Plan maximum na dziś wykonany.

PS. W piątek rehabilitantka opowiedziała mi historię dwóch swoich pacjentów. Obaj mieli operację jednego dnia, leżeli w tej samej sali, a po zabiegu strzeliło im do głowy, żeby opowiadać sobie dowcipy. Z tym, że obaj byli znieczuleni od pasa w dół. Efekt? --- Obaj zmoczyli łóżko...

PPS. W niedzielę odezwali się moi magistranci, wczoraj - jedna z uczestniczek seminarium licencjackiego. Jak miło :) Zaproszę ich w przyszłym tygodniu, w tym dam sobie jeszcze luz. - ...Nazwijmy to luzem!!

0 komentarze:

Prześlij komentarz