Dziś przyjmowałam Bardzo Ważną Wizytę. Z pomogą Agi i Jacka ogarnęłam trochę dom, przywracając salonowi nieco bardziej cywilizowany wygląd (a mniej kliniczny...), potem samopas podreptałam trochę o jednej kuli, żeby przygotować trzy filiżanki, trzy spodeczki, czekoladki i imbryczek na herbatę, pokręciłam się chwilę po kuchni, łącznie zajęło mi to może z pół godziny - i padłam. Rozbolał mnie "schab", oburzony, jak śmiem chodzić z jedną tylko podporą. No tak, nie powinnam; ale cóż, czasem trzeba.
Dowiedziałam się od terapeutki, że wolno mi siedzieć na krześle, byle z nogą prostą. Muszę spytać ją, czemu nie wolno mi samodzielnie tego kolana zginać. Z lubością więc zasiadłam przy stole, najpierw z Bardzo Ważnymi Gośćmi, potem z Tadeuszem (równie oczywiście Ważnym, acz tu nieanonimowym ;)). Ach, no i ubrałam się jeszcze kompletniej, niż zwykle ostatnio, to znaczy po raz pierwszy od przeszło miesiąca założyłam dżinsy, a nie spodnie od dresu! Plus ulubione szare polo i ukochaną zamszową koszulę. A poczułam się jeszcze bardziej sobą, jak po Bardzo Ważnych Odwiedzinach odkryłam, że wciąż mam w kieszeni dekielek od aparatu, bo miałam za zadanie coś sfotografować.
Obiad tym razem przygotowaliśmy z Tadeuszem wspólnie. Męczy mnie normalna, codzienna aktywność, ale przynajmniej nie jest już niewykonalna. Chodzenie bez stabilizatora powoli przestaje mnie stresować, lecz sypiam nadal nie najlepiej. Wczoraj nagle ścięło mnie już wpół do północy - nietypowo, bo zwykle jeszcze pierwsza w nocy zastaje mnie czuwającą - i spałam bądź drzemałam blisko dziesięć godzin. Cóż z tego, gdy obudziłam się cała obolała, od zbyt nienaturalnie nieruchomej pozycji.
W środę rentgen i wizyta kontrolna. I chyba zastrzyk w kolano. Wprost nie mogę się doczekać...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz