Wczoraj faktycznie nauczyłam się pokonywać próg brodzika bez stabilizatora. Dziś odważyłam się wziąć prysznic bez dodatkowej asysty, czuwającej gdzieś w mieszkaniu.
Refleksja numer jeden: wiele jeszcze zakrętów na mojej drodze do normalności.
Refleksja numer dwa: jak mało uwagi poświęcamy zazwyczaj najzwyklejszym pod słońcem czynnościom...
Dzisiejsze "dyżury" - Jurek: tradycyjnie wyrywający mnie z łóżka; "Zdejmij tę opaskę, czas pompki robić!!"; kanapka z pasztetem dla mnie, sok z ogórków wychlipany i orzeszki wydziobane przez Jurka, prace służbowe uniemożliwione przez padnięty net. Ula: uzdrowieńczo wygadująca z siebie frustrację ("Dobrze mi robi bycie u ciebie!" - "Mi też."); produkcja wielce powabnych klusek śląskich z boczkiem i szpinakiem. Na koniec Jacek & Aga & Artur...
Przeziębienie nie może się zdecydować. Ja czuję się słaba. Ale "zwykłe" wstawanie z łóżka przestało robić na mnie takie straszne wrażenie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz