- Ty zamierzasz założyć dżinsy?! - Uli oczy dążą do rozmiaru spodeczków. - Jak?!
- Chodź, to zobaczysz.
Ula ze zdumieniem przygląda się, jak robię pełen skupienia skłon i nawlekam nogawkę na wyprostowaną nogę. - ...Szacun!
- Mów do mnie: mistrzu!!
- Ja bym się tego chyba najbardziej bała na twoim miejscu.
- A myślisz, że ja się nie boję?! :D Ale jak już przekonałam się, że to możliwe, to pojadę w dżinsach. - Zapinam ortezę na spodniach. Przypomina mi się, jak tydzień przed operacją widziałam w westybulu Caroliny faceta, który robił dokładnie to samo. Wtedy dziwiło mnie, czemu końcówki rzepowych pasów odstają; teraz już od dawna sama wiem, gdzie najlepiej należy ustawić przyczepy tych rzepów, a pasy skrojono ze sporym zapasem. Zastanawiałam się nawet, czy tego zapasu nie odciąć, ale w końcu zostawiłam, jak było.
Spadło trochę śniegu, ale na szczęście na tyle mało, że chodniki są gołe. Ze schodów schodzę już pewniej - nie muszę uwieszać się pachą na poręczy. Ciekawe, bo nie pokonywałam ich już prawie miesiąc. Wsiadanie do samochodu to jednak nadal stres i problem.
Najpierw rentgen. Proszę o opuszczenie leżanki jak najniżej. Zdjęcie nogi w wyproście, z góry i z boku. Techniczka mówi mi, że na skierowaniu lekarz napisał też, że powinna zrobić zdjęcie w zgięciu.
- Co?... - dziwię się. - Ja tej nogi nie zegnę. Rehabilitantka nawet nie pozwala mi tego samej robić.
- Może inny lekarz panią prowadzi, a inny wypisywał to skierowanie - sugeruje dziewczyna.
- A kto wypisał?
- Młody Adamczyk.
- A prowadzi mnie, że tak powiem, starszy Adamczyk...
- No dobrze; nie będziemy eksperymentować. Zobaczymy, co powie doktor. Najwyżej zrobimy jeszcze jedno zdjęcie, a jak nie, to skorygujemy fakturę.
Obym nie musiała tu wracać. Nie wyobrażam sobie leżenia na boku na twardym stole i zginania kolana. Brrr. Już się zestresowałam. Czekanie na wizytę u lekarza przedłuża się; niby rozmawiam z Krzyśkiem, zagaduję go o ostatni wyjazd na narty, ale generalnie jestem raczej zwarzona.
W końcu pielęgniarka - która wcześniej poznała mnie i przywitała się - zaprasza mnie do gabinetu. Wchodzę; na krześle wisi znajoma brązowa marynarka, ale poza tym pokój nie nosi żadnych innych śladów bytności jej właściciela.
- Nawet nie ma się z kim przywitać!...
- Doktor Adamczyk zaraz przyjdzie. - Pielęgniarka włącza na monitorach zdjęcia rentgenowskie.
- To moje? - zainteresowałam się. Z podziwem oglądam dwie śruby, które wdzięcznie pozują, usadowione wygodnie na całej grubości kości piszczelowej.
- Będziemy podawać Monovisc? - pyta pielęgniarka.
- No, na wypisie było napisane, że zalecane, więc chyba będziemy?...
- To zależy od pani decyzji finansowej.
Cóż, zastrzyki w kolano do tanich nie należą. - Właściwie nie od mojej, tylko od mojego chrzestnego; on tam czeka na korytarzu; czy mogłaby siostra go uprzedzić? Bardzo proszę.
Pielęgniarka wychodzi; gdy wraca, przez otwarte drzwi gabinetu dostrzega mnie przechodzący korytarzem dr Miszczak i - ku mojej nieskrywanej radości - wchodzi do środka. Zaczynamy gawędzić; opowiadam mu, jakim problemem było dla mnie wykonywanie różnych czynności po raz pierwszy bez ortezy.
- Tak?... - zaniepokoił się. - Może jakiś stabilizator rzepki by się pani przydal?
- Nie, panie doktorze, to nie to; ja mogłam to wszystko robić, tylko nie wiedziałam, jak :)
- Agnieszka pani nie powiedziała?
- Potem powiedziała! Więc w porządku. Tylko zdumiewające było dla mnie, że ta noga nie boli.
- Bo wie pani; pacjenci, którzy cierpią na przewlekłe schorzenia - Miszczak stuka się w czaszkę - wyłączają ten ból w głowie.
Przygląda się rentgenom.
- No, rzepka siedzi na kłykci - wyrokuje.
- Co?!
- To znaczy siedzi tam, gdzie miała siedzieć! Spokojnie...
- Panie doktorze, niech pan mówi jak trzeba, bo ja tu zawału dostaję.
- Nie no, wszystko w porządku, przedtem siedziała tu z boku - klaruje mi lekarz, ubawiony.
Wraca doktor Adamczyk. Obaj obserwują obrazy na monitorach, zadowoleni, że kość zrosła się całkowicie.
- No, to niech pani pokaże to słynne kolano!
- Dobrze, tylko muszę się wykaraskać ze stabilizatora i z dżinsów.
- To ja idę do toalety - stwierdza ostentacyjnie Adamczyk. - Zdążę, zanim pani się wykaraska!
- Żeby się pan doktor nie zdziwił - odpalam; pielęgniarka zanosi się chichotem.
Po chwili siedzę już na leżance, oflankowana przez obu ortopedów. Miszczak patrzy na moje kolano z dziwnie skwaszoną miną.
- Ojej...? - niepokoję się.
- Ee, proszę się nie martwić, ja tak mam od urodzenia!...
Macanie obu moich kolan - jednego łaskoczące, drugiego stresujące - okraszone jest prześmiewczą gadaniną Adamczyka, który przyjaźnie docina Miszczakowi, że ten stara się robić minę myślącą, ale nie należy dać się zwieść pozorom - i opowieściami o Holoubku, którego dziennikarze pytali, jak to jest, grać tylu intelektualistów i być intelektualistą - a on odpowiadał, że to bardzo proste, bo trzeba przeciągać samogłoski, gdy się coś mówi, i ludzie się nabiorą. Przy okazji lekarze - którzy chyba specjalnie obchodzą się z moim kolanem z większą dezynwolturą niż terapeutka - stwierdzają, że rzepka siedzi na miejscu, zespolenie jest mocne i można zacząć ostrzejszą rehabilitację. Dochodzi i do zastrzyku; daję upust moim obawom, przypominając nieciekawe wrażenia z wstrzykiwania kontrastu.
- Kontrastu było dużo. A wrażenia, to tylko psyche - sugeruje Miszczak. I właściwie ma rację. Adamczyk prosi o cienką igłę, za to wbija ją całą. Powoli opróżnia sporą strzykawkę.
- Bolało? Była pani bardzo dzielna ;) - naigrawa się, przyklejając plaster, bo kolano w proteście puściło farbę. Pielęgniarka pomaga mi założyć spodnie.
Proszę jeszcze o papierkową robotę: kolejne zwolnienie (znowu na sześć tygodni), od razu zaświadczenie do ZUSu, żeby nigdzie mnie nie ciągali i jeszcze zaświadczenie o przewlekłości choroby, dla biura spraw socjalnych na uniwerku, bo muszę coś takiego dołączyć do wniosku o zapomogę finansową, jaka należy mi się z racji problemów zdrowotnych. Tym razem "kwity" nie są drukowane na komputerze, ale wypełniane czarnym piórem i odpowiednio lekarskim charakterem pisma.
Wyjaśniam przy okazji, o co poprzednio chodziło z tym ZUSem.
- Lekarce, z którą rozmawiałam przez telefon, myliła się osteotomia z artroskopią - dokładam na dobitkę.
- Mnie też się myli - rzuca Adamczyk z szelmowskim błyskiem w oku.
- Mam nadzieję, że nie w moim przypadku!
- Oni się tam na niczym nie znają - macha ręką Miszczak. - Zobaczą na zaświadczeniu: "operacja Fulkersona", pokręcą głowami, pocmokają, podrapią się w brodę i dadzą pani spokój...
Doktor Adamczyk, który powinien chyba startować w konkursie kolekcjonerów anegdot, serwuje nam kolejną opowieść "à propos", ale tym razem całkowicie poważną - o pewnym człowieku, który niechcący spuścił ze schodów inspektora ZUSu, gdy ten zrobił nalot na dom, by sprawdzić, czy jego żona faktycznie znajduje się w szpitalu. Urzędnik, popchnięty, potlknął się i spadł pół piętra do garażu; oczywiście zrobił straszną aferę. A kobieta, o którą poszło, miała właśnie operację biodra i Adamczyk bronił jej małżonka, wypisując zaświadczenie, że ów tego dnia dowiedział się, że żona ma nowotwór złośliwy i zwyczajnie puściły mu nerwy na tak bezceremonialne i nietaktowne zachowanie ZUSu, posiadającego przecież stosowne dokumenty.
- Jakie dalsze zalecenia? - pytam na zakończenie. - Chłodzić jeszcze tę nogę?
- Ee, nie trzeba. No chyba, że to przynosi pani ulgę; niektórym pacjentom przynosi.
- Najwyżej psychiczną - podśmiewam się. - I co, rzeczywiście od poniedziałku mam spać już bez ortezy?
- Tak.
- Trudno będzie.
- Wie pani, ta orteza to taki atrybut choroby - mówi Adamczyk. - To jak w tym przysłowiu, że gorset łatwo założyć, ale trudno zdjąć...
- No tak... Coś jeszcze?
- Resztę powiemy rehabilitantce.
Dostaję nadto skierowanie na rentgen za sześć tygodni - ten, którego nie zrobiłam dziś ("Dałaby pani radę!"; w sumie okazuje się, że chyba nie musiałabym do tego leżeć na boku, tylko spuścić nogę na specjalnej pochylni...). Nadpłatę zostawiamy więc na zaś. Dziewczyna z recepcji musi biegać za Adamczykiem, który zapomniał przybić pieczątkę na moim zwolnieniu. Krzysiek kupuje mi w aptece żel do USG - potrzebny mi do elektrostymulatora - i wracamy do domu. I znowu z porannej szarówki pogoda przerodziła się w pięknie słoneczną.
Wczoraj chodziłam zła, skwaszona. Wszystko mnie irytowało. Kuśtykałam o jednej kuli do kuchni, próbowałam sobie przygotować sama jakieś jedzenie; zajmowało mi to trzysta lat, męczyłam się, wylewałam z talerza sos na podłogę. Nie pomagało, gdy Ula przekonywała mnie, że przedtem robiłam wszystko tysiąc lat i ledwie mogłam wstać z łóżka. Gdy dzwonił Jurek i pytał, jak się miewam, w ostatnich dniach zawsze odpowiadałam mu, że marnie. Az wstyd, że tak idealnie wpisałam się w typowe polskie narzekactwo.
To było wczoraj. A teraz... Biorę komórkę i piszę do Jurka SMSa: "Dziś zapytaj mnie, jak się czuję!!"
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz