piątek, 16 grudnia 2011

Such a long, long way...

- Pani Agnieszko, ja dziś potrzebuję terapeuty, który byłby jednocześnie psychiatrą albo psychologiem...
- A co; zniżka formy?

Ba. ba.... I to jaka. W tamtej chwili - dni temu cztery - miałam już od doby chodzić w dzień bez ortezy. Pierwszy raz spróbowałam równo cztery tygodnie po operacji, z Ulą, przez nią delikatnie nakłoniona. Rumieniec z wrażenia ponoć zszedł mi aż na szyję; ręce oparte na kulach tak mi się spociły, że uchwyty były nieomal śliskie. Pokuśtykałam do toalety, do łazienki, do kuchni, u progu paniki wymyśliłam, jak z powrotem zainstalować się w łóżku - i jakoś to przeżyłam. Ale strach był przepotężny, zwłaszcza na myśl o wstawaniu bądź siadaniu na łóżku z powrotem. Każdy ruch - to dziwaczne uczucie w stawie, bezwładność nogi, której bezradne mięśnie nie pozwalają kontrolować. Kolano wiotkie.

Pani Agnieszka przekonuje, że nic mi się nie może stać; sugeruje, by zakładać stabilizator, dla uspokojenia psychiki, ale luźno zapięty; by stawiać bardzo małe kroki, lecz już mocniej obciążać to kolano przy stąpaniu. Ale samodzielnie jeszcze nie zginać, a przynajmniej bardzo mało. Mówi, że mogę wziąć normalny prysznic.

...Normalny? A jak wejść do brodzika?
- O kulach - radzi Jacek przytomnie. - Potem oprzyj je sobie wysoko o ścianę, a końcówkami o kran, to ci się nie zamoczą.
Karkołomna pozycja. W ogóle całe przedsięwzięcie wydaje mi się karkołomne. Opieram się zadkiem o ścianę, żeby zyskać dodatkową asekurację. Jakoś włażę. Gdy kończę się myć, jedna z kul - dobrze, że nie ja! - traci równowagę i z hukiem spada.
- Żyjesz?
- Żyję. Kula spadła.
- Dostałaś w głowę?
- W ucho. Nie najlepszy ten twój patent. Ale teraz zastanawiam się, jak stąd wyjść!
- A w ręczniku jesteś?
- Nie, ale zaraz mogę być, a ty podasz mi stabilizator.

Jacek ofiarnie chce pomóc mi w założeniu ortezy, ale uświadamiam mu, że zakrywa ona całą nieomal nogę od samej góry, więc muszę zrobić to sama. Od razu czuję się pewniej; ale to nie jest rozwiązanie. Następnego dnia i wchodzę do brodzika, i wychodzę z niego ze stabilizatorem: drobne oszustwo. Nie to mieli na myśli lekarze i rehabilitantka.

We wtorek, niedługo po jej wyjściu, spędzam dłuższą chwilę na stojąco, po czym daję krok w bok - i przez ułamek sekundy mam wrażenie, że rzepka próbuje mi uciec. Staję jak wryta. Niemal fizycznie czuję, jak morale spada mi, oklapnięte, na podłogę. Czy to było naprawdę to? Co tam przeskoczyło? Co zabolało? Czyżby operacja się nie udała? A jeśli będę w tym odsetku pacjentów, którzy nie odczuwają poprawy losu?

Kłopoty zaczynają śnić mi się po nocach. Do tego kilka (już uładzonych) niesnasek z paroma osobami, plus narastające zmęczenie całą sytuacją - i jestem załatwiona. Uzmysławiam sobie nagle, że przede mną długa droga, długa, wyboista i coraz trudniejsza, bo wymogi rehabilitacji stawiają przede mną coraz to nowe wyzwania, a moje nastawienie dalekie jest od optymistycznego. I nie mogę powiedzieć, "już się nie bawię" albo włączyć fast forward. Każdy krok - dosłownie! - muszę zrobić sama. I przezwyciężyć to, co z dna doła wydaje się nie do przezwyciężenia. W dodatku blizny gdzieniegdzie zaczęły przyrastać, do tkanek, do których nie powinny...

- Żeby ta rzepka się zwichnęła, trzeba by się było naprawdę teraz mocno postarać! - tłumaczy mi dziś rehabilitantka. - Może po prostu jakiś mały zrost pękł? Skoro się pani przestraszyła, trzeba było do mnie zadzwonić!
- Nie chciałam dzwonić z byle głupotą. W końcu jest pani moją fizjoterapeutką, a nie psychoterapeutką.
- Jesteśmy po trochu wszystkim - uśmiecha się. Przekonuje, że jak wyjdę z brodzika chorą nogą naprzód i na sztywno oprę ją o podłogę, to nic mi się nie stanie; "tylko każdy krok trzeba najpierw spokojnie obmyślić!" Właśnie, wszystko powoli, spokojnie, powoli! Jeden mój niezręczny ruch, żeby dolać sobie wody z termosu do mate - i stojąca obok szklanka z resztą lekarstwa wywraca się, zalewając tacę. Pani Agnieszka sprząta, pytając przyjaźnie, czego się tak śpieszę. Ze przecież by mi nalała, podała.

Obrabia blizny. Metodycznie musi poodrywać je od położonych pod spodem tkanek, do których przyrosły.
- Jak to stanie się nie do zniesienia, proszę powiedzieć.
- A co znaczy: nie do zniesienia? - pytam z lekką przekorą.
- Jak ból będzie za silny.
- Ja mam wysoki próg bólu; tylko niski próg strachu...
Starczy ścisnąć w rękach kubek z herbatą, albo matero, zająć się piciem, rozmową, niczym...
Patrzy badawczo. - Oddychać!!

Kolano zginamy już głębiej; boli.
- Coś tam jednak pyka... - niepokoję się.
- No pewnie, skoro tak długo się nie zginało!

Termosowi przybył nowy kumpel: elektrostymulator. Mój dobry znajomy ze szpitala. Teraz sama, dla wątpliwej rozrywki, rażę się prądem. Przyjaciele podejrzewają mnie o masochizm. Ale nawet do tego można przywyknąć. Tylko ten mięsień jakoś nie reaguje... Agnieszka podręca aparacik. W udzie coś drga, podskakuje.
- Niech pani w tym momencie próbuje unieść nogę, siłą mięśni.
- Ha, nie da rady.
- Próbuje!

Trochę wracam do jakiej takiej równowagi psychicznej. Za to nie jestem pewna, czy właśnie nie obniuchuje mnie dyskretnie infekcja, przywleczona przez bardzo zakatarzoną studentkę. Zobaczymy...

0 komentarze:

Prześlij komentarz