poniedziałek, 23 stycznia 2012

Do salonu wrócił salon

Dziś zdecydowałam się przywrócić salonowi funkcje salonowe. Kanapa została złożona, stolik wrócił na swoją pozycję, rowerek powędrował pod ścianę koło telewizora, lampka zajęła stare miejsce na biurku w gabinecie. A ja odrestaurowałam moje miejsce pracy na łóżku, choć teraz akurat siedzę przy komputerze biurkowym - też nowość, ostatnio spędzałam tu niezbyt wiele czasu.

Wahałam się, czy to wszystko zrobić. No bo Agnieszka dalej przychodzi mnie rehabilitować, ciągle jest mi wygodniej siedzieć z nogą wyprostowaną (i chyba nadal jest to wskazane?), a poza tym - co tu ukrywać - przywykłam; wygodnie mi było na kanapie, która płynnie zmieniała się ze stanowiska pracy w stanowisko posiłkowe, a z niego w placówkę do oglądania telewizji. Zastanawiałam się, czy wytrzymam normalne siedzenie ze spuszczonymi nogami. Ale kiedyś trzeba! Nawet, jeśli w mojej naturze leży przyzwyczajanie się i niechęć do zmian w otoczeniu. Nie pożałowałam. Tylko nad jednym dumam: na ile wrócę do działania na dużym komputerze. Bo teraz mi się wydaje, że wszystko, co mi potrzeba, mogę zrobić na laptopie... Choć stacjonarny ma o wiele większy monitor.

Na rowerku już nieźle pomykam. Agnieszka uzmysłowiła mi, że wcale nie grozi mi zerwanie mięśnia i że spokojnie mogę wykonać pełen obrót pedałami.
- Nie mogę.
- Mooożesz.
- Ale nie mogę, czuję w tym kolanie blokadę!
- Bo się boisz! :)
Jak zwykle miała rację. Najpierw radziła mi kręcić do tyłu, bo jest łatwiej.
- Jakim cudem - łatwiej? Przecież zgięcie jest to samo, czy się kręci do tyłu, czy do przodu...
- Ale stawy inaczej się układają.

Więc kręciłam do tyłu. Na początku szło ciężko, opornie, źle ustawiałam stopy i kolana, ale potem było coraz lżej. Następnego dnia tak byłam zaaferowana samym faktem pedałowania i utrzymywania prawidłowej pozycji, że nie zorientowałam się, że kręcę do przodu. I dało się! Skoro tak, kręciłam już tylko do przodu. Agnieszka ubawiła się ze mnie. Przy kolejnej okazji obniżyła mi porządnie siodełko, żeby wymusić większy kąt zgięcia nogi. Pomogło; przy ustawionym wysoko wprawdzie kolanu było łatwiej, ale ja tak musiałam się nakombinować i tak mnie potem bolał tyłek, że wytrzymywałam raptem pięć minut. Dziś było dwadzieścia.

Od tygodnia miałam jednak inne zmartwienie niż bolący tyłek. Jedna z blizn, ta nad wszczepioną powięzią, podniosła jakiś bunt. Najpierw się zaogniła; wyglądała, jakby centralnie użarł mnie w nią komar. A pośrodku ciemna plamka. Zaniepokoiłam się; oglądałyśmy to z Agnieszką, która nie mogła dojść, co to. A blizna podpuchła, zaczęła trochę swędzieć, wyodrębnił się w niej jakby pęcherzyk. Aga stwierdziła, że wygląda, jakby coś chciało z niej wyjść, "ale się wstydziło". Kazała czekać, nie ruszać, niczym nie smarować i powiedziała, że pogada z Miszczakiem. Bałam się, że może to resztka szwu. Aż mi się śniło, że pojechałam do kliniki na jakąś wizytę kontrolną i jak już wychodziłam, to zdałam sobie sprawę, że nie pokazałam tego Miszczakowi (jakim cudem miałby nie zauważyć?...), a kiedy wróciłam, już go nie mogłam znaleźć. A klinika wyglądała jak jakiś wielki, ponury, chaotyczny szpital...

W weekend straciłam cierpliwość. Ciemna plamka sczerniała, a moje morale spadło jeszcze niżej. Na samą myśl, że powinnam specjalnie wcześniej pojechać do Caroliny - choć jestem umówiona na 1 lutego - i będą mi w tym grzebać, robiło mi się gorzej. Zamiast tego - cóż za inteligentna decyzja - postanowiłam sama z tą blizną porozmawiać. Przycisnąć ją trochę, żeby wyśpiewała, co ma na sumieniu. I jakoś nie przeszkadzało mi, że to był środek nocy. Chusteczka, upór, cierpliwość i próba uzbrojenia się w żelazne nerwy.

To nie był kawałek szwu; ino uparty krwiak ze skrzepem. W nadziei, że zlikwidowałam cały, zaopatrzyłam bliznę w plaster i poszłam spać. Następnego dnia, zgodnie z instrukcją Agnieszki, potraktowałam sprawę wodą utlenioną. Potem, wczoraj wieczorem, jeszcze trochę to oczyściłam i znowu woda utleniona, i już bez plastra. Przyschło. Chyba mam sprawę z głowy.

...A jednak siedzenie ze zgiętymi kolanami jeszcze trochę męczy...

0 komentarze:

Prześlij komentarz