Dziś zdecydowałam się przywrócić salonowi funkcje salonowe. Kanapa została złożona, stolik wrócił na swoją pozycję, rowerek powędrował pod ścianę koło telewizora, lampka zajęła stare miejsce na biurku w gabinecie. A ja odrestaurowałam moje miejsce pracy na łóżku, choć teraz akurat siedzę przy komputerze biurkowym - też nowość, ostatnio spędzałam tu niezbyt wiele czasu.
Wahałam się, czy to wszystko zrobić. No bo Agnieszka dalej przychodzi mnie rehabilitować, ciągle jest mi wygodniej siedzieć z nogą wyprostowaną (i chyba nadal jest to wskazane?), a poza tym - co tu ukrywać - przywykłam; wygodnie mi było na kanapie, która płynnie zmieniała się ze stanowiska pracy w stanowisko posiłkowe, a z niego w placówkę do oglądania telewizji. Zastanawiałam się, czy wytrzymam normalne siedzenie ze spuszczonymi nogami. Ale kiedyś trzeba! Nawet, jeśli w mojej naturze leży przyzwyczajanie się i niechęć do zmian w otoczeniu. Nie pożałowałam. Tylko nad jednym dumam: na ile wrócę do działania na dużym komputerze. Bo teraz mi się wydaje, że wszystko, co mi potrzeba, mogę zrobić na laptopie... Choć stacjonarny ma o wiele większy monitor.
Na rowerku już nieźle pomykam. Agnieszka uzmysłowiła mi, że wcale nie grozi mi zerwanie mięśnia i że spokojnie mogę wykonać pełen obrót pedałami.
- Nie mogę.
- Mooożesz.
- Ale nie mogę, czuję w tym kolanie blokadę!
- Bo się boisz! :)
Jak zwykle miała rację. Najpierw radziła mi kręcić do tyłu, bo jest łatwiej.
- Jakim cudem - łatwiej? Przecież zgięcie jest to samo, czy się kręci do tyłu, czy do przodu...
- Ale stawy inaczej się układają.
Więc kręciłam do tyłu. Na początku szło ciężko, opornie, źle ustawiałam stopy i kolana, ale potem było coraz lżej. Następnego dnia tak byłam zaaferowana samym faktem pedałowania i utrzymywania prawidłowej pozycji, że nie zorientowałam się, że kręcę do przodu. I dało się! Skoro tak, kręciłam już tylko do przodu. Agnieszka ubawiła się ze mnie. Przy kolejnej okazji obniżyła mi porządnie siodełko, żeby wymusić większy kąt zgięcia nogi. Pomogło; przy ustawionym wysoko wprawdzie kolanu było łatwiej, ale ja tak musiałam się nakombinować i tak mnie potem bolał tyłek, że wytrzymywałam raptem pięć minut. Dziś było dwadzieścia.
Od tygodnia miałam jednak inne zmartwienie niż bolący tyłek. Jedna z blizn, ta nad wszczepioną powięzią, podniosła jakiś bunt. Najpierw się zaogniła; wyglądała, jakby centralnie użarł mnie w nią komar. A pośrodku ciemna plamka. Zaniepokoiłam się; oglądałyśmy to z Agnieszką, która nie mogła dojść, co to. A blizna podpuchła, zaczęła trochę swędzieć, wyodrębnił się w niej jakby pęcherzyk. Aga stwierdziła, że wygląda, jakby coś chciało z niej wyjść, "ale się wstydziło". Kazała czekać, nie ruszać, niczym nie smarować i powiedziała, że pogada z Miszczakiem. Bałam się, że może to resztka szwu. Aż mi się śniło, że pojechałam do kliniki na jakąś wizytę kontrolną i jak już wychodziłam, to zdałam sobie sprawę, że nie pokazałam tego Miszczakowi (jakim cudem miałby nie zauważyć?...), a kiedy wróciłam, już go nie mogłam znaleźć. A klinika wyglądała jak jakiś wielki, ponury, chaotyczny szpital...
W weekend straciłam cierpliwość. Ciemna plamka sczerniała, a moje morale spadło jeszcze niżej. Na samą myśl, że powinnam specjalnie wcześniej pojechać do Caroliny - choć jestem umówiona na 1 lutego - i będą mi w tym grzebać, robiło mi się gorzej. Zamiast tego - cóż za inteligentna decyzja - postanowiłam sama z tą blizną porozmawiać. Przycisnąć ją trochę, żeby wyśpiewała, co ma na sumieniu. I jakoś nie przeszkadzało mi, że to był środek nocy. Chusteczka, upór, cierpliwość i próba uzbrojenia się w żelazne nerwy.
To nie był kawałek szwu; ino uparty krwiak ze skrzepem. W nadziei, że zlikwidowałam cały, zaopatrzyłam bliznę w plaster i poszłam spać. Następnego dnia, zgodnie z instrukcją Agnieszki, potraktowałam sprawę wodą utlenioną. Potem, wczoraj wieczorem, jeszcze trochę to oczyściłam i znowu woda utleniona, i już bez plastra. Przyschło. Chyba mam sprawę z głowy.
...A jednak siedzenie ze zgiętymi kolanami jeszcze trochę męczy...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz