środa, 1 lutego 2012

Wyleczone

Dziś doktor Adamczyk uznał sprawę kolana za zamkniętą. "Pochwalił mnie" za postępy w gojeniu; ciekawe, na ile takie sprawy zależą od nastawienia i motywacji... Jeszcze nie tak dawno nastawienie miałam przecież dość denne. Spytał nawet, czy widzę konieczność dalszej rehabilitacji.

Oczywiście, że widzę! Zgięcie jeszcze za małe, krok jeszcze niepewny, nad bliznami też jeszcze trzeba popracować... Agnieszka obiecała mi przynieść piłkę. Ciągle nie wiem, co to tak dokładnie znaczy - wiem, że coś niestabilnego.

Trochę nerwówki miałam z rentgenem. Doktor Miszczak zafundował mi Dzień Świstaka: na skierowaniu było napisane, że to kontrola po sześciu tygodniach, a zlecone zdjęcia miałam już robione przy poprzedniej wizycie; nie było natomiast zaznaczonego zdjęcia, którego wtedy nie pozwoliłam sobie zrobić ;) - a było opłacone. Ale mój przyjazny i elegancki upór pozwolił rzecz wyjaśnić i prześwietlili mnie jak trzeba (radiolożka wezwała mnie już po imieniu, nie po nazwisku...)

- ...Panie doktorze, ale ta kostka coraz bardziej mnie boli.
- Jaka kostka!
- Ta prawa, bo... - przypominam Adamczykowi sytuację, opowiadam o aż nazbyt ciekawych wynikach USG. Wracam na leżankę.
- To co pani w niej dolega? - pyta ortopeda, badając nogę.
- O, właśnie to! - jęczę, skręcając się wdzięcznie.
- Dobrze. Może pani założyć buty.

Wracamy do biurka. Adamczyk, jak zwykle w takich sprawach, przybiera delikatny ton.
- Ale to musi się pani dobrze zastanowić... Bo tu może pomóc tylko operacja.
- Ależ ja jestem na sto procent zdecydowana! Wiem, że operacja. Panie doktorze, kolano przedtem bolało mnie, kiedy sobie coś w nie zrobiłam - a ta kostka cały czas.
- Niech pani z nią przyjdzie za trzy miesiące.
- Już? Pierwotnie mówiło się, że rok po pierwszej operacji.
- Niekoniecznie. Przeszczepy muszą się wgoić, dajmy im jeszcze parę tygodni, potem można myśleć.

Kostka to prostsza sprawa. Ech, gdyby udało się załatwić wszystko w tym roku...!

* * *

Kilka dni temu, namówiona przez Krysię, wyszłam z domu. Słońce, mróz, nieślisko, trza się ruszyć, żeby się przyzwyczajać. Poszłam na bazar, bo nienawidzę kręcić się bez celu. Następnego dnia powędrowałam tam znowu; nie chciało mi się, strasznie mi się nie chciało, ale przypomniałam sobie, że miałam kupić mazaki do kolorystycznego "kodowania" notatek z materiałów potrzebnych mi do habilitacji - i ta myśl wyciągnęła mnie w domu za czuprynę. Znajomi kupcy z bazaru zapewnili mi samopoczucie gwiazdy: życzliwy entuzjazm i dopytywanie o mój stan zdrowia ;) W poniedziałek zaś, w potworny, wieczorny mróz, poszłam z awizo na pocztę, tuż przed zamknięciem. Na poczcie sajgon, remont, nie można pobrać numerków, skromna kolejka do okienka. Ustawiłam się grzecznie na końcu - z moimi bodyguardami po bokach, czyli z kulami - i facet z początku puścił mnie, żebym załatwiła sprawę! Wielkie nieba ;)

Marsz na zewnątrz, nawet na tak niedługich odcinkach, oczywiście mnie męczy. Kolano pobolewa, idę za sztywno, bezwiednie napinam mięśnie, wpierając kule w ziemię - i potem cały pas barkowy ma do mnie słuszne pretensje. Ale za dwa tygodnie wracam do pracy; wyjścia nie mogą być świętem, muszą stać się codziennością.

Za to wczoraj uzyskałam dość makabryczne potwierdzenie, że noga działa jak należy. Wychlapało mi się w kuchni trochę wody, nie zauważyłam i w pośpiechu za szybko postąpiłam naprzód. Poślizgnęłam się. Nagle czuję, że jadę - ułamki sekund - obraca mną - wydaję nieartykułowany dźwięk i..............

NIC.

Ustałam to, nie upadłam, a kolano wytrzymało, jakby było ze stali.

Szok! I bardzo dziwne uczucie. Kilka miesięcy temu po czymś takim rzepki poszłabym szukać w ogródku. Jeszcze z dobry kwadrans byłam jak galareta, kontemplując ze zgrozą, co mogło się stać. Mogło?... Czy nie mogło?!... I że te mięśnie już na tyle są silne, że to utrzymały!!

Ha. Ale nie jestem zainteresowana eksperymentowaniem. Potem dłuższy czas bałam się wejść do kuchni...

0 komentarze:

Prześlij komentarz